Napisz do nas! [email protected]
  • Instagram

    /rafkargumpl

 A mogło być tak pięknie… – prezentacja samochodu Mikrus MR300

A mogło być tak pięknie… – prezentacja samochodu Mikrus MR300

A mogło być tak pięknie…
Polska motoryzacja lat 50 XX wieku wcale nie kończy się na Warszawach i Syrenach. Moim zdaniem jednym z najciekawszych rodzimych samochodów tamtych czasów jest Mikrus, o którym niewielu już dziś pamięta. W poniższym artykule prezentacja pierwszego polskiego mikroauta.

Skąd wziął się Mikrus?

Pomysł skonstruowania polskiego mikrosamochodu „dla ludu” pojawił się w PRL w roku 1956, podczas tzw. „odwilży” postalinowskiej. Jako wzór konstrukcyjny posłużył Polakom niemiecki Goggomobil (w tamtych czasach w Europie produkowano sporo mikroaut), a jego opracowania podjęły się lotnicze zakłady WSK w Mielcu i Rzeszowie. 22 lipca 1957 roku w Warszawie zaprezentowano pierwsze prototypy, w tym samym roku przygotowano też serię próbną nowego modelu, który otrzymał nazwę Mikrus MR300 (od pojemnoci silnika). Samochód był wytwarzany jako „produkt uboczny” wyżej wspomnianych fabryk.

Konstrukcja

Mikrus był dwudrzwiowym sedanem o samonośnej, całkowicie metalowej konstrukcji nadwozia. Wyposażony był w 2-cylindrowy, 2-suwowy, chłodzony powietrzem silnik benzynowy o pojemności 300 ccm, umieszczony z tyłu i napędzający koła tylne. Przy mocy ok. 14,5 KM, samochód teoretycznie mógł osiągać prędkość maksymalną rzędu 85-90 km/h (w praktyce 75-80 km/h). Autkiem mogły podróżować dwie osoby dorosłe oraz dwójaka dzieci.
Mikrus posiadał tyleż oryginalnych rozwiązań konstrukcyjnych, co mankamentów. Do sporego notabene bagażnika (ok. 200 litrów) można było się dostać wyłącznie nurkując pod deską rozdzielczą, metalowa kierownica miała tylko jedno ramię, a czterobiegowa skrzynia przełożeniowa nie była synchronizowana, biegi natomiast zmieniało się… „poprzecznie” („jedynka” do przodu i do siebie, „dwójka” na prawo itd.). Samochód miał maleńkie kółka (10 cali) i był wyjątkowo głośny. O ile karoseria była dość wytrzymała, mechanika potrafiła sprawiać problemy (zalecało się remont… co roku).
Oprócz tego samochód miał sympatyczną sylwetkę z „lotniczymi” detalami (światła tylne, oznaczenie na masce itp.) i wydechem w postaci dwóch cieniutkich rurek umieszczonych centralnie z tyłu, a w Polsce mówiono, że jest ładniejszy od Goggomobila. W niewielkiej bądź co bądź kabinie dało się rozłożyć siedzenia na płasko i ułożyć się do spania z… nogami w bagażniku.
Budując Mikrusa starano się jak najbardziej uprościć konstrukcję ze względu na koszty, stąd nie znajdziemy w nim np. nagrzewnicy czy nawet wskaźnika poziomu paliwa.

Próby modyfikacji i koniec produkcji

W 1959 roku inż. Stanisław Jarnuszkiewicz z Krakowa rozpoczął prace nad zmodernizowaniem oryginalnego silnika Mi-10. W ich efekcie w 1960 roku powstała nowa, gruntownie zmodyfikowana wersja tej jednostki. W tym samym czasie WSK Rzeszów pracowała nad silnikiem o pojemności zwiększonej do 400 ccm i mocy około 20 KM, żadna z tych jednostek nie weszła jednak do produkcji.
W roku 1960 władze PRL zdecydowały o zakończeniu produkcji Mikrusa – znalazł się nowy pomysł na wykorzystanie mocy produkcyjnych WSK, niektórzy twierdzą też, że decyzja ta miała podłoże polityczne – pojazd nie spodobał się radzieckiemu „sojusznikowi”. Ogółem w latach 1957-1960 wyprodukowano 1728 Mikrusów.

Niewykorzystana szansa

Choć Mikrus od początku budził kontrowersje (m. in. Niemcy oskarżyli nas o plagiat), był szansą na szybsze zmotoryzowanie Polski, którą zmarnowano. Początkowo mówiono o 10 000 samochodów rocznej produkcji, fabryki deklarowały gotowość, a Mikrus miał kosztować ok. 40% ceny Warszawy. Projektem entuzjazmował się tygodnik „Motor”, wydając sporo publikacji na jego temat i na bieżąco relacjonując postępy w jego rozwoju. Opracowano też wyżej wspomniane modyfikacje, a i inni konstruktorzy mieli wiele pomysłów na ulepszenie samochodu. Wszystko to przegrało w starciu z planowaniem komunistycznej gospodarki, a Polakom przyszło długo czekać na nieskrępowaną możliwość zakupu własnego auta…
Dziś Mikrus jest niezwykle rzadkim klasykiem – mówi się, że do naszych czasów przetrwało zaledwie kilkadziesiąt egzemplarzy. Spotkać go można głównie w muzeach motoryzacji, lecz społeczność „Mikrusiarzy”, choć siłą rzeczy niewielka, jest bardzo aktywna, dzięki czemu na temat samochodu można znaleźć wiele ciekawych publikacji i materiałów.